Dzisiejszy wpis będzie bardzo osobisty, bo skupiony na mnie.

Ale też nie codziennie kończy się 50 lat. 😊

Z drugiej strony – każdego z nas (albo prawie każdego) to czeka.

Więc może moje refleksje okażą się dla kogoś użyteczne.

 

Kim jestem dziś mając za sobą przeżyte 50 lat? Co to dla mnie znaczy? I jak mi z tym?

Pierwsza rzecz jest taka, że nie czuję tych swoich 50 lat. „W głowie” mam pewnie ze 35. Choć faktem jest, że mam w niej dużo większy porządek, niż kiedy miałam 35. 😊

Tak mi się  bynajmniej wydaje 😉

A w ogóle to nie wierzę w liczby.

Nie wyglądam (tak wszyscy mówią) na swoje lata, choć ja czasem dziwię się patrząc w lustro i dostrzegając, że moja skóra traci jędrność. Skupiam się wtedy na oczach, bo one mówią kim dziś jestem.

A dziś wiem, że to co na zewnątrz, to tylko „tymczasowy wehikuł dla mojej duszy”. Że w sumie, to nie o ciało chodzi, choć dobrze jest o nie dbać, żeby być sprawnym i tym samym nie obciążać sobą siebie i innych; że nie chodzi o to co posiadam fizycznie, bo dobrze jest mieć pewien komfort życia, ale w sumie jest on ulotny i tak naprawdę wcale nie gwarantuje szczęścia, a w gruncie rzeczy świat w którym funkcjonuję – to rodzaj teatru, dekoracji, w którym po prostu mam do przejścia pewną drogę rozwoju.

Pamiętam Siebie kiedy byłam kilkuletnią dziewczynką.

Obserwowałam świat z uwagą, nie bardzo go rozumiejąc, ale też czując się całkowicie bezpieczna.

Nie miałam poczucia, że czegokolwiek mi brakuje, choć wychowałam się w czasach PRL-u i jak Mama mówi, często trzeba się było dobrze nagłowić, żeby wystarczyło na wszystko.

Ja tego nie odczułam.

Może wynikało to z tego, że wszyscy mieli podobnie.

Inny Świat istniał w przywożonych z Niemiec katalogach, ale był on tak nierzeczywisty, że nie zaprzątałam sobie nim głowy.

Mój świat – to było podwórko z gromadą dzieci w moim wieku, książki w bibliotece, które namiętnie pożerałam, wakacje nad Bałtykiem, co roku w tym samym ośrodku.

Pierwszy chyba zgrzyt pojawił się kiedy odwiedzałam mojego kuzyna w Lublinie i dziewczyny na podwórku śmiały się z moich „niby” jeansów. Chyba wtedy po raz pierwszy poczułam się ciut gorsza.

Ale to szybko minęło.

Wróciłam do mojego małego miasteczka, gdzie miałam swoje bezpieczne środowisko, gdzie w szkole odnosiłam sukcesy (wiadomo byłam prymuską), do mojej szkoły muzycznej, która uczyła mnie pokory, bo nie jestem zbyt utalentowana muzycznie i tylko moja pracowitość zapewniała mi postępy.

Pamiętam, że pierwszy niepokój, taki niedookreślony właściwie, bez wyraźnego powodu, pojawił się gdy weszłam w wiek nastoletni.

Czy powodem był płacz jakim przywitała pojawienie się u mnie pierwszej miesiączki Mama (jakby stało się coś strasznego, choć wiem, ze wynikło to pewnie z jej emocjonalności), czy też podskórne wrzenie w polityce (o której nie miałam pojęcia, bo w domu się na ten temat nie rozmawiało, a jednak zapewne jakieś emocje „czuć było w powietrzu” nawet naszego powiatowego miasteczka). Nie wiem.

Pamiętam jednak wprowadzenie stanu wojennego i czołgi jadące główną ulicą mojego miasteczka – Aleją Piasta. Obserwowałam je z okna naszego mieszkania, jak sunęły w koleinach śniegu (to były czasy, kiedy zima = zwały śniegu).

W każdym razem Świat i przyszłość stały się mniej przewidywalnym i bezpiecznym miejscem.

Straciłam poczucie, ze wszystko zależy ode mnie, że wystarczy pilnie się uczyć, żeby osiągnąć to czego chcę, że ktoś z zewnątrz może zabronić mi wychodzić z domu po którejś godzinie, że mój wpływ na swoją przyszłość jest ograniczony.

Bardziej to wszystko czułam, niż wiedziałam.

Dziś zastanawiam się jakie to musiało być trudne dla moich rodziców i innych dorosłych, którzy mieli świadomość tego co się dzieje.

Nastały czasy stanu wojennego, kiedy sklepy świeciły pustkami, a czekoladę (a właściwie wyrób czekoladopodobny) dostawało się w ilości 1 tabliczki na miesiąc ( i to tylko dzieci).

Po wszystko trzeba było stać w kilometrowych kolejkach.

Wszyscy radzili sobie jak mogli. Szyłam sobie spódnice z farbowanych pieluch tetrowych, przerabiałam stare jeansy na torbę do szkoły, a  zieloną kufajkę z budowy na modną kurtkę.

Tak funkcjonowałam w liceum. I byłam całkiem szczęśliwa.

Pamiętam moją wielką radość kiedy Mama zrobiła mi moherową czapkę w koralowym kolorze z kupionej w Pewexie wełny  (kto dziś pamięta Pewexy?), w której zadawałam szyku i getry w paski przywiezione przez Tatę z delegacji do Stolicy, szczyt aktualnej mody.

Nie czułam się gorsza. Miałam przekonanie, że wiedza, to przepustka na studia, a studia to otwarte drzwi do „lepszego życia”. Choć nie miałam pojęcia jak to „lepsze życie” miałoby wyglądać.

Uczyłam się więc, wkuwałam słówka z francuskiego (choć nawet nie śniło mi się, że kiedykolwiek pojadę do Francji), działałam w harcerstwie.

Matura i egzaminy na studia (które były egzaminami jednej szansy, bo „papiery” można było złożyć tylko na 1 uczelnię i tylko na 1 kierunek), były moją przepustką do większego świata.

Świadomie wybrałam uczelnię na 2-gim końcu Polski ( a nie w Poznaniu, czy Gdańsku, jak większość osób z mojego liceum), bo wiedziałam, ze KUL, jest oazą wolności i ma „połączenie”  ze światem zewnętrznym (poza granicami Polski zamkniętej paszportami na cztery spusty).

Chciałam studiować na renomowanej uczelni, a taką wtedy był KUL.

Dziś wszystko się zmieniło. Mój stosunek do Kościoła, moja świadomość.  No i sam Uniwersytet.

Z oazy wolności w oazę zaściankowości.

 

Studia – to był czas odkrywania Siebie, szukania Siebie.

Wtedy w głowie miałam SUKCES. Wydawało mi się, ze praca w biznesie mi go zapewni.

Chciałam wykorzystać język francuski, który studiowałam, jako furtkę do niego.

Trochę mi się udało.

Pierwszą moją pracą, którą sobie sama „wychodziłam” była praca na stanowisku Asystentki Zarządu w nowo wybudowanym Leclercu w Lublinie.

Ach, co to był za sukces!

Na otwarcie przyjechał sam założyciel sieci – Edouard Leclerc.! A ja tłumaczyłam jego przemówienie!

Nota bene bardzo inteligentny i wykształcony człowiek, który z pełną świadomością miejsca, w którym rozwijał swój biznes, w swoim przemówienie nawiązywał (ku mojej rozpaczy) do czasów wojny i obozów koncentracyjnych.

W moim życiu nastał czas godzenia macierzyństwa z pracą. I całkowitego „zostawienia” siebie.

Będąc młodą Mamą, która nie ma wsparcia w nikim poza Mężem (bo cała rodzina jest na drugim końcu Polski) musiałam sobie poradzić. I radziłam!

A jednak dziś wiem, że żyłam nieświadomie. Spełniałam kolejne role, kolejne oczekiwania, nie zastanawiając się czy są moje. Niczym prymuska w szkole życia.

 

„Obudziłam się” około 40-tki.

Kiedy wylądowałam w Krakowie od razu zapisałam się na kilka warsztatów Progressteronu, który był dla mnie dotąd nieosiągalny.

I to było odkrycie.

To był pierwszy krok do Siebie.

Tam pootwierały się nowe drogi, tam usłyszałam, że można zmienić zawód w wieku 40 lat i czerpać radość z pracy z ludźmi, tam zetknęłam się z Gestaltem i poznałam pierwszą ważną dla mnie Kobietę w Krakowie, która widząc moją samotność w nowym miejscu, prawie siłą wetknęła mi swój numer telefonu.

Razem rozpoczęłyśmy przygodę z rozwojem zapisując się do Szkoły Gestalt Hallerów.

W życiu się tak nie naryczałam jak w czasie tej rocznej szkoły – połączenia treningu interpersonalnego i terapii grupowej.

Odkryłam o sobie takie rzeczy, których byłam absolutnie nieświadoma.

Zaczęłam WIDZIEĆ siebie. Myśleć o SOBIE. Zastanawiać się nad SOBĄ.

Kim jestem? Czego chcę? Dokąd idę?

Tak bardzo skoncentrowałam się na sobie, tak szybko zaczęłam się rozwijać, zmieniać swoje  priorytety, wartości, że o mało nie skończyło się to rozpadem mojego małżeństwa.

Rozwój wewnętrzny, dorośnięcie, powinny właściwie mieć miejsce w czasie dorastania, czyli nastoletności. To jest czas na badanie wartości, przekonań, definiowanie życiowych celów.

Ale tego często nie robią GRZECZNE DZIEWCZYNKI.

Nie przechodzą buntu nastolatka, czyli nie kwestionują bagażu, który dostały i nie „pakują” go na nowo.

Tym gorzej dla nich!

Bo i tak je to kiedyś dopadnie i jak u mnie, może się otrzeć o katastrofę.

Dziękuję dziś opatrzności, sile wyższej czy komu tam, że mnie przed nią uchronił.

I mojemu Mężowi za cierpliwość i wytrwałość. 😊

 

Moja droga doprowadziła mnie do miejsca, w którym czuję i wiem, ze jestem częścią większej całości.

Że jestem ważna jako jednostka, ale jeszcze ważniejsze jest to co wnoszę do społeczności, do Świata.

Że moje życie na tej Ziemi, w tym czasie – jest etapem dłuższej wędrówki.

Że jestem tu PO COŚ.

Dziś wiem, że moją misją jest pomagać innym Kobietom.

A moim zadaniem na Ziemi było odkrycie, że człowiek – to nie tylko materia.

I nie tylko materia się liczy.

Po okresie, w którym wydawało mi się, że życiowy sukces to to co się OSIĄGNIE w życiu zawodowym, dziś doszłam do punktu, w którym wiem, że ważniejsze jest to JAKIM człowiekiem jestem, ILE DOBRA zrobię dla innych, NA ILE pomogę im w odkryciu ich życiowej drogi.

I dojście do akceptacji, do zrozumienia, że każdy ma swoją drogę do przejścia, że nikogo nie zmuszę do rozwoju, bo może to nie jego czas, że każdy sam wybiera i sam ponosi odpowiedzialność za swoje wybory.

Dziś mam wewnętrzną zgodę na ten punkt w którym jestem i na to jaka jestem.

Mam poczucie, że idę dobrą, własną i właściwą ścieżką, która mnie rozwija.

A każda trudność jaką napotykam – jest po coś. Jest lekcją jaką muszę odrobić, żeby coś więcej zrozumieć, coś więcej poczuć. Jest potrzebna mojej duszy.

Moja córka nazywa mnie Szamanką.

Może trochę w tym prawdy.

Choć ja wolę o sobie myśleć, że jestem Wiedźmą, czyli tą która WIE.