Chyba ze dwa lata temu po raz pierwszy pojechałam sama w Tatry.

Wcześniej wędrowałam trochę po Beskidach, ale wiesz kiedy stoisz u stóp Tatr, to dopiero czujesz potęgę gór.

Pamiętam swój pierwszy raz, kiedy to mając może z 15-16 lat mój brat cioteczny zabrał mnie w Tatry – notabene po to, żeby mnie uczyć jazdy na nartach!

Do dziś pamiętam mój zachwyt kiedy stanęłam na wprost  wznoszących się, ośnieżonych szczytów.

Poczułam wtedy olśnienie ich potęgą.

No i dwa lata temu, po lekturze bloga Wiecznej Tułaczki postanowiłam spróbować swoich sił.

Na pierwszy raz obrałam sobie Kościelec, który ona opisywała jako niespecjalnie trudny.

Hmmmm…. Trochę trudu mi przysporzył jednak.

O moich zmaganiach z nim możesz przeczytać Tu:

https://joannalange.pl/czego-nauczyl-mnie-koscielec/

Finalnie jednak bardzo mi pomógł w umocnieniu poczucia własnej wartości.

 

Tym gorzej zniosłam moje pierwsze starcie ze Świnicą.

Tak wybrałam się z mężem i niestety musiałam skapitulować….

To była dla mnie ciężka lekcja.

Opisałam ją w tym wpisie:

https://joannalange.pl/u-stop-swinicy/

 

Ale ją odrobiłam. Nauczyłam męża, że jego słowa (z pozoru niewinne) mają moc i mogą dodać skrzydeł, albo je podciąć.

Postanowiłam, że nigdy już nie będę czytała kwiecistych opisów szlaków (tym bardziej oglądała filmików).

W ten weekend pogoda była wymarzona, więc postanowiliśmy wyskoczyć z mężem w góry.

Cel – Świnica, oczywiście!

Szło jak po maśle.

Pogoda dopisywała, szybko dotarliśmy do Kuźnic, no i droga przez Liliowe też poszła jak z płatka.

Jednak kiedy szliśmy już szczytami w kierunku Świnicy zaczął się we mnie pojawiać niewiadomy niepokój. Zaczynały się odpalać jakieś strachy, które koniecznie chciały mnie zniechęcić. Ale się im nie poddawałam. Mówiłam sama do siebie: „Dasz radę Joanno, krok po kroku i wejdziesz spokojnie na tę górę, w końcu w sierpniu chodziłaś po Alpach Julijskich i dałaś radę”.

Tak gadając do siebie dotarłam do stóp Świnicy.

Z tej perspektywy wyglądała potężnie!

Jakby chciała mnie przygnieść swoim majestatem.

Co więcej  miarę zbliżania się do niej wzmagał się wiatr. Nad słowackimi szczytami kłębiły się chmury, które wyglądały malowniczo, choć miałam świadomość, że mogą bardzo szybko się przesunąć w naszym kierunku.

U stóp Świnicy wiało tak, jakby gór mnie odpychała, jakby chciała mnie za wszelką cenę odwieść od zamiaru wejścia na nią .

O NIE  – pomyślałam – tym razem Ci się nie poddam. !!!

Wiedziałam, że to by było katastrofalne dla mojego poczucia własnej wartości – bo wynikałoby ze strachu przed nieznanym, a nie przed realnym niebezpieczeństwem.

 

Krok po kroku zaczęłam się wspinać. Z dołu podejście wyglądało ostro i przerażająco.

Jednak skupiłam się tylko i wyłącznie na pokonywaniu kolejnych metrów. Nie oglądałam się w dół, nie patrzyłam w górę (tylko tyle, żeby wiedzieć którędy prowadzi szlak), myślałam tylko o 3 punktach podparcia i nie pozwalałam sobie, na żadne odpływanie myślami – byłam Tu i Teraz.

Moim celem, było pokonanie kolejnych metrów, kolejnych łańcuchów. I nie pozwolenie wiatrowi na  zepchnięcie mnie ze szlaku., bo góra walczyła, szalała.

Tak po niespełna godzinnym wspinaniu znalazłam się na szczycie. Niestety, góra nie dała mi cieszyć się zbyt zwycięstwem, zasnuła się chmurami, i tylko przez moment można było zobaczyć namiastkę pięknego widoku na Zadni Staw Polski.

Ale to nie miało dla mnie znaczenia.

Ważne było to, że się nie poddałam. Nie pozwoliłam swojemu strachowi spętać mojej woli, pokonałam „smoki” w mojej głowie, a schodząc wiedziałam, że ta potyczka zostanie w mojej głowie na długo, jako źródło mojej siły.

Pomyślałam też, że wiele sytuacji, projektów w życiu wydaje nam się przerażających, nie do pokonania, a kiedy zaczniemy je realizować krok po kroku, nie oglądając się za Siebie, a tylko mając na oku swój cel – to ostatecznie okaże się, że  ani ten cel nie taki strasznie wielki, ani droga taka trudna.

Zdałam sobie sprawę z tego, że wiele moich klientek stoi przed swoimi  życiowymi wyzwaniami, jak ja pod tą Świnicą….

I jeśli tak ja wyznaczą sobie cel, a potem skupią się wyłącznie na kilku kolejnych krokach jaki mają do zrobienia, pilnując, żeby nie stracić równowagi, nie dać się wciągać „czarnym scenariuszom”, nie oglądając się za siebie, i będą pokonywały kolejne metry – to na koniec dotrą do tego celu i będą z tego dumne i szczęśliwe.

Takim celem może być odbudowanie swojego życia po rozwodzie/ rozstaniu.

Wiem jak trudne, wręcz nieosiągalne wielu kobietom się to wydaje.

I jak wiele kobiet, po przebyciu tej drogi pod górę, stwierdza, że było warto! Że są szczęśliwe i że mają apetyt na więcej.

Jeśli jesteś w takiej sytuacji i potrzebujesz przewodnika, który  Cię wesprze – zapraszam na cykl spotkań dla kobiet po rozwodzie/ rozstaniu, są ostatnie wolne miejsca, więc nie trać czasu:

http://bit.ly/Uwierzwzyciepozyciu_grupa

 

Życzę ci wspaniałej wędrówki na twój szczyt!