Dlaczego współczesne związki tak często się rozpadają ?

To pytanie pojawia się często w moim gabinecie, ale przebrzmiewa także w komentarzach do postów na moim fanpeg’u czy w grupie „Postaw Siebie na 1-szym miejscu”.

-„Czemu on jest takim egoistą?”

– „Jak mógł mi to zrobić?”

– „Czego ona ode mnie chce?”

– „Mam prawo do swojego życia.”

– „Jej zawsze mało…”

Znasz to? Słyszałaś, albo sama mówiłaś lub myślałaś takie słowa?.

Zapewne.

 

Nie jest łatwo znaleźć jednoznaczną odpowiedź na pytanie o przyczynę nietrwałości współczesnych związków, ale z perspektywy przeżytych lat,  spróbuję choć przyjrzeć się tematowi.

Jestem z pokolenia, które pamięta czasy Gierka (kiedy to w sklepie spożywczym na półce były pomarańcze), potem czasy kryzysu, czołgów na ulicach, szarości i braku. Czasy, kiedy po paszport trzeba było udawać się na milicję, a katalogi przywożone z Niemiec zachodnich były jak opowieść o bajkowym  świecie.

Były to też czasy, w których naprawiało się rzeczy: cerowało skarpety, podciągało oczka w rajstopach (nazywał się taki punkt usługowy „Repasacja rajstop”), składało latami na pralkę lub telewizor, po to, by później latami je użytkować i wymienić dopiero, kiedy naprawić się już nie dało.

Moi rodzice to pokolenie powojenne (mój Tata mówi, że są „straconym pokoleniem”, ale to temat na osobną opowieść), wychowane przez ludzi, którzy przeżyli II Wojnę Światową. To pokolenie nauczone cierpliwości w dochodzeniu do celu, przyzwyczajone, że nie dostaje się niczego od razu, ale też mające przekonanie, że kobieta i mężczyzna mają w małżeństwie konkretne role do spełnienia. Pokolenie, które w większości, nie zaznało wiele ciepła od rodziców, bo ci musieli po wojnie po prostu starać się przetrwać, nakarmić dzieci, zarobić na ich przetrwanie, więc czasu na bliskość i rozmowy nie było zbyt wiele.

Zresztą dzieci były też inaczej wychowywane niż dziś. Stanowiły część rodziny, a nie jej „pępek”, miały swoje obowiązki, swój podwórkowy świat i miały „nie zawracać głowy dorosłym niepotrzebnymi sprawami”.

Jeśli by spróbować przyjrzeć się ówczesnym małżeństwom i spróbować wyłowić to, co sprzyjało trwałości, to zapewne odkrylibyśmy, że :

  1. Była większa zależność finansowa (bo z jednej pensji trudno było się utrzymać), ale też biologiczna (bo pigułka antykoncepcyjna dopiero się pojawiła, więc kontrola własnej płodności nie była tak łatwa, a samotna matka, czy rozwódka spotykały się z większym ostracyzmem społecznym).
  2. Ludzie nastawieni byli na trwanie, na to, że małżeństwo zawiera się na całe życie, więc „mentalnie” nie zostawiali sobie otwartej furtki w postaci „ w razie czego się rozwiodę”.
  3. Panowało przekonanie, że w małżeństwie trzeba „się dopasować”, że potrzeba na to czasu.
  4. Było silniejsze przekonanie o pewnych „rolach”, jakie się spełniało w małżeństwie, ale też żyło się w szerszych strukturach, więc np. kobiety nie szukały w mężu przyjaciółki, która wysłucha i zrozumie, bo miały dookoła inne kobiety, od których dostawały wsparcie i pomoc.

Nie chcę tego oceniać, ani wartościować. Nie dążę do gloryfikacji dawnych małżeństw, bo potrafiłabym wymienić wiele ich wad (chociażby trwanie w złych, raniących związkach w imię „dobra dziecka”; akceptowanie przemocy), chodzi mi jednak o to, by dostrzec te cechy, które sprawiały, że ludzie potrafili przeżyć ze sobą całe życie.

Co się zmieniło?

Jakie są elementy, które przyczyniają się do nietrwałości związków?

  1. Na pewno ludzie są teraz bardziej niezależni finansowo, co sprawia, ze partner nie jest im już potrzebny do przetrwania (zwłaszcza zmieniło się to w przypadku kobiet), a rozstania są na porządku dziennym, więc nikt nie jest wytykany palcami z powodu rozwodu.
  2. Zmienił się, zwłaszcza w XXI wieku model wychowania – dziecko stało się „pępkiem świata”. Rodzice, którzy nie mieli wielu rzeczy, starali się zapewnić swoim dzieciom wszystko, często zanim te o to poprosiły, pracując po wiele godzin, zapominając, że dzieciom bardziej niż „rzeczy”, potrzebna jest uwaga, bycie z nimi.

Ci młodzi ludzie nie potrafią więc dziś czekać, nastawieni są na szybkie realizowanie swoich potrzeb, na przyjemność, a nie na dawanie, nie na „grę zespołową”, jaką niewątpliwie jest małżeństwo.

  1. Ludzie uwierzyli w „romantyczny mit miłości” – jako tego cudownego uczucia, które gdy się pojawia, to posypuje naszą codzienność brokatem i tak już jest na zawsze.

Te motyle z pierwszych miesięcy, mają być stale, a jeśli znikają, to znaczy, że miłość znikła, więc „good bye, good luck” –  poszukam nowej.

Ta kobieta ma być zawsze jak z pierwszej randki, a jeśli po porodzie ma trudność z rzuceniem nadwagi, to niechże się ogarnie, popatrzy na Lewandowską i coś ze sobą zrobi.

A ten facet, który tak słuchał godzinami, ma to robić nadal, mimo, że „pada na pysk” po wielu godzinach w korpo, i wcale nie liczy się to, że mimo tego, siedzi na podłodze i układa klocki z synem.

 

O co mi chodzi?

O to, że ludzie nastawieni są TYLKO na siebie.

Na swoje przyjemności, na swoje potrzeby, nadal chcą być pępkiem świata.

A tymczasem – małżeństwo to gra zespołowa.

Potrzeba czasu, żeby wypracować wspólne reguły gry.

Potrzeba otwartości i chęci, żeby dostrzec drugą osobę i jej potrzeby.

Potrzeba elastyczności, żeby zechcieć „dopasować się”, znaleźć konsensus, zobaczyć na ile każde może ustąpić, dla wspólnego dobra.

Ale niestety –  to wymaga pracy.

To wymaga wysiłku, trudu i często okraszone jest bólem.

A tego współczesny człowiek nie lubi. Unika za wszelką ceną.

  1. Pojawienie się Internetu sprawiło, że zmienił się sposób funkcjonowania ludzi.

Kontakty międzyludzkie stały się błyskawiczne, ale też często powierzchowne.

Emotikonki zastępują wyrażanie uczuć.

Schowani za ekranami komputerów, czy smartfonów – kreujemy Siebie. Sprzedajemy taki wizerunek, jaki chcemy, albo jaki będzie dobrze przyjęty, często nie mając nawet pojęcia KIM naprawdę jesteśmy. JACY jesteśmy.

Jak tu się dziwić, że potem w kontakcie rzeczywistym – kiedy styka się jeden wykreowany wizerunek z drugim, przy pierwszym wstrząsie, odpada farba?

A kiedy wyziera prawdziwa twarz drugiej osoby – uciekamy w popłochu, krzycząc, że nie takiego partnera wybraliśmy?

I natychmiast sięgamy po Tindera, czy inną użyteczną apke, żeby znaleźć tego idealnego. Tego, który będzie pasował do naszego wyobrażenia.

Tylko czy to o to chodzi?

Miłość to akceptacja.

To zrozumienie, że nikt nie jest idealny, to nastawienie na dostrzeganie w drugiej osobie jej dobrych cech, jej wartości jako osoby. To zrozumienie, że w głębi, pod warstwą wszystkich ról,  przekonań, jesteśmy tacy sami. Jesteśmy jednością. Esencja życia w nas – jest taka sama.

Kochać – to czasownik.

Zakłada działanie.

To nie jest stan, bycie, to zmiana.

Inaczej kochasz kiedy jesteś zakochana/-y, inaczej kiedy stajesz się rodzicem, inaczej po 30 latach bycia razem.

Jak wyglądałyby nasze związki – gdybyśmy przyjęli założenie, że jesteśmy razem po to, by razem wzrastać? Wspierać się? Dawać sobie nawzajem – najlepszą cząstkę siebie, nie oczekując nic w zamian. Po prostu z miłości. Jako jej bezinteresowny wyraz.

 

Jak wówczas wyglądałyby związki?