Te gorzkie słowa są jak mantra powtarzana przez buddyjskich mnichów.

Niepostrzeżenie, powolutku wkradają się do twojego umysłu zasiewając w nim ziarenko poczucia winy.

Podlewane codziennym utyskiwaniem, zawieszeniem głosu lub co gorsza milczeniem, rosną i rosną, jak baobab, żeby w końcu zacząć Cię dusić.

Słyszysz je kiedy nie chcesz  wystarczająco często odwiedzać, a przecież „Jestem tu całkiem sama, w tym domu”…, co z tego, że pracujesz i przejechanie na drugi koniec miasta zabiera Ci  2 godziny, a w domu przecież masz swoje dzieci, które też potrzebują matki.

Kiedy nie dzwonisz wystarczająco często, a „mogłabym tu już leżeć martwa i nikt by się nie zatroszczył”, a Ty z drżeniem wybierasz jej numer, wiedząc, że znowu będziesz musiała wysłuchać tej samej litanii narzekań na wszystko i wszystkich…

Albo gdy po raz kolejny oporujesz przed jedyną, słuszną metodą wychowywania dzieci, której jedynym uzasadnieniem jest to, że : „ja tak robiłam i zobacz wyrosłaś na Człowieka”, albo nie zgadzasz się, że twój ojciec to „ostatni fajtłapa, który do niczego nie doszedł” (za to potrafił jak nikt inny rozbawić Cię do łez, pójść z Tobą na sanki, czy lepić bałwana, a kiedy rzucił Cię chłopak – to on ocierał Ci łzy, bo od Matki usłyszałaś, ze Oni wszyscy są tacy sami, a Ty sama jesteś sobie winna, bo mu zaufałaś…).

Najgorzej jeśli faktycznie w to uwierzysz.

(bo wtedy – ten sam wzorzec przekażesz swoim dzieciom).

Jeśli uwierzysz, że to Ty masz zastąpić wszystko i wszystkich.

Że nie masz prawa do swojego życia.

Że twoim głównym życiowym celem powinno być spłacenie tego długu, jaki zaciągnęłaś (nieświadomie) przychodząc na Świat.

Bo przecież jesteś tu po to, żeby się odwdzięczyć. Żeby być od podawania tej przysłowiowej szklanki wody.

I NIE. Wcale nie twierdzę, że nie należy opiekować się starszymi rodzicami.

Nie chcę też powiedzieć, że nie trzeba dzwonić i się interesować.

Ani brać pod uwagę, tego co do nas mówią.

ALE…

Chcę powiedzieć to, że nie mamy dzieci dla Siebie.

Nie po to je rodzimy i wychowujemy, żeby były DLA NAS.

Z takiego właśnie podejścia rodzą się dramaty.

Dramaty zawiedzionych oczekiwań… bo córka zdecydowała się wyjechać i żyć na drugim końcu Świata, zamiast zostać w tej samej wsi …

Dramaty samotności …bo Matka zamiast żyć swoim życiem, dbać o własny rozwój i relacje z ludźmi skupiła się tylko o wyłącznie na dziecku i kiedy dziecko dorosło, za nic w świecie nie zgadza się na odcięcie pępowiny…

Dramaty zawiedzenia…bo Matka liczyła, że córka zrealizuje jej niespełnione marzenia, zrobi karierę, albo poślubi bogatego faceta i będzie szczęśliwa, a tymczasem ona woli jechać jako wolontariuszka do Afryki, albo wybrała zwykłego szaraczka, który wprawdzie świata za nią nie widzi, ale groszem nie śmierdzi.

A co by było gdybyśmy przyjęli, że mamy dzieci, bo są wyrazem naszej miłości, dają nam nieograniczoną możliwość kochania ich i odwdzięczają się bezwarunkową miłością, wybaczając nam nasze niezliczone, rodzicielskie błędy???

Dają nam niesamowitą możliwość rozwoju, ćwiczą naszą cierpliwość, zmuszają do zastanowienia się nad sobą, zadając setki dziwnych pytań i kwestionując nasze utarte przekonania.

A naszym głównym zadaniem jest przygotować je do odcięcia pępowiny i pójścia w świat swoją drogą.

NASZĄ MISJĄ – JEST WYCHOWAĆ JE – DLA ŚWIATA, NIE DLA NAS.

Tak, żeby potrafiły sobie w tym świecie poradzić, odnaleźć się i w pełni zrealizować swój potencjał,  oraz żeby dało się z nimi żyć, żeby innym z nimi w tym świecie było dobrze.

Jak wówczas wyglądałoby nasze rodzicielstwo?

Może dbalibyśmy bardziej o własny rozwój, własne relacje z ludźmi, o nasze małżeństwo – wiedząc i mając na co dzień świadomość, że Dzieci są z nami tylko przez chwilę…, że to tylko pewien okres, a potem pójdą żyć swoim życiem?

I że to jest ok. Że to jest normalne i naturalne, a naszą rolą jest Siebie i dzieci do tego przygotować?

Może wtedy dałybyśmy sobie zgodę na czas spędzany z koleżankami, na wspólne z nimi wyprawy, na czytanie książek, chodzenie na wykłady, zapisanie się na siłownię, albo jogę?

I nie spędzałybyśmy życia – próbując żyć życiem naszych dzieci, bo miałybyśmy swoje własne, interesujące życie?

Podejrzewam, że wszystkim by to wyszło na dobre, a dzieci wychowane w ten sposób, wracałyby do nas nie z poczucia obowiązku, ale z miłości i ciekawości, co u nas, wiedząc, że nikt tak jak my nie akceptuje ich w całości, że u nas zawsze znajdą wsparcie, bo my kochamy je po prostu – BO SĄ!

Czy tak jest – powiem Wam za 20 lat, bo dziś jestem w trybie testowania tego podejścia 😊

A jak to wygląda u Ciebie?

Jakie masz doświadczenia?